sobota, 12 marca 2011

Pain

Idę przed siebie gdzieś, patrząc i nie widząc nic. Wyszłam sama, nikogo nie spotkawszy, nawet słońce nie zaszczyciło mnie swą obecnością. Porażka za porażką, i nie mam wyboru, bo przecież nie skoczę w ciemną otchłań. Chociaż zostało mi tylko to. Ale pamiętam, że nadzieja umiera ostatnia. Idę, mijając coś szczególnego. Na chwilę oczyszczam umysł, jednakże dziwna rzecz ściąga mnie na ziemię. A ja spadając, uderzam mocno. Obok mnie jest tylko powiększająca się kałuża krwi, mieniąca się milionami kolorów. Żadnych świadków, żadnych łez, nic. Tylko samotna cisza, a ja czuję się, jakbym nadal spadała w dół. Coraz dalej w serce wbija się ból, jakby chciał wyciągnąć ze mnie niezaatakowane cząstki. Czuję, że idzie koniec, i że niedługo przeciągle spojrzę mu w twarz. Przecież zawsze kończy się tak samo. I zawsze mam to samo pytanie. Poddaję się, powoli czekając. Na próżno wsłuchuję się w powietrze, nie słychać żadnych kroków. Bez uprzedzenia los postanowił odwrócić się do mnie plecami, jak zawsze to robi w takich momentach. Za moimi oknami pada deszcz, a ja chętnie wyjdę mu naprzeciw. Ze słowem 'koniec' na ustach, którego tak bardzo nienawidzę. Krew przestała krążyć, dźwięk nie rozchodzi się do końca w powietrzu a ja już zawsze będę stać w tym miejscu, umierając po stokroć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz