piątek, 27 maja 2011
Sun is rising
Moim oczom ukazała się tęcza, cudowny łuk z odbiciem na chmurach. Źrenice rozszerzają się z każdym wdechem waniliowego dymu, odtwarzam ten zapach wciąż i wciąż, bez żadnej nadziei. Nie potrzebuję jej, ślepej i głupiej, ciągle przechadzającej się po wszystkich neuronach. Mam swoje jutro, teraz, wczoraj.. Nie, nie ma wczoraj. Wydarta stronica z wyblakłymi literami, zapełniona znakami bez znaczenia. Rozmyte miejsca są śladami po łzach i postępującej utracie wspomnień. Zapominaj, może tak będzie lepiej. Twarz oblewa się rumieńcem na samą myśl, kiedy snuję jeszcze domysły z pozostałości starej rzeczywistości. Nadeszli reformatorzy, znowu wkroczyli do mojego umysłu. Przywołali chaos, ale teraz kurz opada na nowym porządku świata. Idę w stronę świeżego zapachu słońca, z wysychającymi kroplami deszczu na barwionych ustach i kwiatami w dłoniach. Jeden impuls, kiedy powracam na całkiem nową ścieżkę, a przecież nie znam drogi. Idę ostrożnie, bez nieodzowności wendety, wychodzę naprzeciw z porcelanową parasolką. Sytuacja pozornie niemożliwa. Jednak to kontrasty i paradoksy budują całą podstawę mojego śmiertelnego gościńca. Kiedy tak naprawdę kocham uczucie zagubienia..
piątek, 13 maja 2011
Highway
Przecież może być dobrze, szanse mamy ciągle niezłe. W moim ciele mają miejsce ciągłe fascykulacje, a ja coraz więcej dostrzegam, coraz więcej zapominam. Czas zatrzymał się na chwilę i przyjrzał moim oczom z zaciekawieniem. Znalazł tam układ pryzmatów, wieczny achromat ze zbyt wieloma wiązkami. Coś dziwnego roztaczało się w mojej głowie, słoneczne wzgórze oprószone rosą i porannym chłodem, zapachem deszczu i delikatnych cytrusowych perfum. Mgła zawstydzona, powoli odkrywała wdzięki zarumienionego słońca, a ja siedziałam tam i patrzyłam, jedyny widz tego romantycznego eseju wprowadzającego amnezję. Pozwól mi zapomnieć i wpaść w otchłań chmur, gdzie będę mogła przebywać bez maski, bez codziennego pyłu. Będę prawdziwa, z ostrymi krawędziami wbijającymi się w podświadomość, zarysowanymi konturami czarną kredką. Kontrast w skali szarości zdmuchuje kurz ze starych zdjęć, od czasu do czasu odwiedza mnie moja miła retrospekcja. Ma włosy zaplecione w warkocz, szminkę na ustach i róż na policzkach. Jest zupełnie nowa, a przecież cały czas każe mi się cofać. Potajemnie daję jej ambien, aż słodko zasypia, a potem sama nie pamięta już nic. Jeden błysk i tylko biały powidok na powiekach..
sobota, 7 maja 2011
Elizjum
Zatracam się w monologu osobowości, lecz nigdy nie stracę swojego prawdziwego oblicza, mimo blizn czy zmarszczek po uśmiechach, płaczu i gładkim licu bez emocji. W gruncie rzeczy, to część mojego życia, błądzić, wciąż błądzić po nieznanych ścieżkach Elizejskich Pól. Choć na moment wejść i wiedzieć, za czym goni się całe swoje życie. Krótki żywot, pochłaniający niebieskie kartki niczym płomień. Tak jest, ogień, wszechobecny i nieuchronny. Już dawno nie tonę w nim i nie spalam się od środka. Nastała błogosławiona cisza i melancholia wieczorów, do tego dziwny uśmiech, z którym budzę się rano na twarzy. Znowu jest jak dawniej, fala przeszła po mojej świadomości, zatrzymała się w podświadomości i poszła dalej, bezwzględnie pozbawiając tchu. Spokojnie odeszłam, nie odwracając się za siebie. Ginęłam w słońcu, przez chwilę idąc z uniesioną głową, a potem znowu wróciła stara, dobra rzeczywistość. Smakowała niczym dojrzała whiskey, jednak pozostawiała w ustach nieznany dotąd gorzki smak. Miesiąc wyjęty z życiorysu, zostanie zapisany, a niedokończone sprawy schowane do pudełka i upchnięte ze wszystkimi innymi. Postanawiam, że oddalę się od tych miejsc w moim labiryncie. Setki kilometrów stąd znajdę życie na nowo i zostanę tam, razem ze swoim doświadczeniem i starym, zakurzonym pudełkiem, które postawię gdzieś wysoko. Żeby już nigdy nie przyszło mi na myśl zadzierać głowy do góry..
środa, 4 maja 2011
Mówiłam Wam kiedyś..
Drodzy mi ludzie, i wszyscy przypadkowi!
Czytajcie, do utraty tchu chciałam wykrzyczeć wszystko w twarz niewzruszonego świata. Przecież nadzieja umiera ostatnia. Może faktycznie, po śmierci unosi się nad nami mgła. Oglądam się za siebie, jednak Wy wszyscy jesteście już odwróceni plecami, nie widzicie moich oczu pełnych nieokreślonej obawy. A jednak, chory mózg ma obawę.
Składam skargę, bezsensowny szept wokół krzyku 6 miliardów. Kogo to obchodzi, pytacie? Idźcie dalej, przecież nikt nie ma odwagi żeby się zatrzymać. Gdzieś tam jest jakieś blade światło, a ja idę w jego kierunku, jedynej rzeczy, która grzeje mnie jeszcze w policzki. O, idealna, chcę być w Twoich ramionach, obojętne jak, tylko Ty jedna przyjmiesz należycie mój lament, jaki roztoczył się przede mną. Niczym ogrom morza zlewającego się z niebem na horyzoncie...
Przecież świeci takie piękne słońce, wszystko jest tak cudowne, że trudno w to uwierzyć.. I wtedy się obudziłam. Została tylko szrama na policzku, reszta jest krwawą plamą na podłodze. Tracę oddech, przecież jest tak zimno i ciemno. Spadam, znowu odcięli mi brutalnie skrzydła, w imię niewidzialnej dla mnie zasady.
Jesteście dla mnie wszystkim, ale jednak, robicie to źle. Może faktycznie, to złe miejsce i czas. Wolę cofnąć się tam skąd przyszłam. Jesteście dla mnie narkotykiem, morfiną i heroiną jednocześnie, wieczny konflikt wartości. Przecież sami nie wierzycie we własne słowa. Nie dziedziczcie obłudy, świat i tak ma w sobie zbyt wiele hipokryzji i bolesnej prawdy.
Zostawiam Wam wszystko: proch po spalonych kartkach, ślady łez i zaschłą krew, ostatni oddech i echo wypowiedzianych słów, setki niedokończonych spraw. Umieram, moi Państwo. Nigdy, przenigdy nie sprowadzajcie Waszej miłości do pustych słów i dwukropków z gwiazdką, przecież to brzmi tak dziecinnie. Rozdaję Wam perły z moich łez, moje oczy marzą już tylko, żeby zamknąć je i zamilknąć. Nie słyszę nic. Serdecznie pozdrawiam, jednocześnie żegnając.
Bez poważania
Ktoś bez nadziei
Czytajcie, do utraty tchu chciałam wykrzyczeć wszystko w twarz niewzruszonego świata. Przecież nadzieja umiera ostatnia. Może faktycznie, po śmierci unosi się nad nami mgła. Oglądam się za siebie, jednak Wy wszyscy jesteście już odwróceni plecami, nie widzicie moich oczu pełnych nieokreślonej obawy. A jednak, chory mózg ma obawę.
Składam skargę, bezsensowny szept wokół krzyku 6 miliardów. Kogo to obchodzi, pytacie? Idźcie dalej, przecież nikt nie ma odwagi żeby się zatrzymać. Gdzieś tam jest jakieś blade światło, a ja idę w jego kierunku, jedynej rzeczy, która grzeje mnie jeszcze w policzki. O, idealna, chcę być w Twoich ramionach, obojętne jak, tylko Ty jedna przyjmiesz należycie mój lament, jaki roztoczył się przede mną. Niczym ogrom morza zlewającego się z niebem na horyzoncie...
Przecież świeci takie piękne słońce, wszystko jest tak cudowne, że trudno w to uwierzyć.. I wtedy się obudziłam. Została tylko szrama na policzku, reszta jest krwawą plamą na podłodze. Tracę oddech, przecież jest tak zimno i ciemno. Spadam, znowu odcięli mi brutalnie skrzydła, w imię niewidzialnej dla mnie zasady.
Jesteście dla mnie wszystkim, ale jednak, robicie to źle. Może faktycznie, to złe miejsce i czas. Wolę cofnąć się tam skąd przyszłam. Jesteście dla mnie narkotykiem, morfiną i heroiną jednocześnie, wieczny konflikt wartości. Przecież sami nie wierzycie we własne słowa. Nie dziedziczcie obłudy, świat i tak ma w sobie zbyt wiele hipokryzji i bolesnej prawdy.
Zostawiam Wam wszystko: proch po spalonych kartkach, ślady łez i zaschłą krew, ostatni oddech i echo wypowiedzianych słów, setki niedokończonych spraw. Umieram, moi Państwo. Nigdy, przenigdy nie sprowadzajcie Waszej miłości do pustych słów i dwukropków z gwiazdką, przecież to brzmi tak dziecinnie. Rozdaję Wam perły z moich łez, moje oczy marzą już tylko, żeby zamknąć je i zamilknąć. Nie słyszę nic. Serdecznie pozdrawiam, jednocześnie żegnając.
Bez poważania
Ktoś bez nadziei
poniedziałek, 2 maja 2011
Window
Zabrakło bandaża i środków przeciwbólowych. Teraz potrzebuję morfiny, aby wszystkimi spowolnionymi zmysłami poczuć cały swój pogmatwany świat aż do strachu i bólu, bezgranicznej rozpaczy zabarwionej moją krwią. Chcę nauczyć się latać, a przecież błądzę w bezimiennym tłumie. Po co szukam czegoś, co i tak pozostaje dla mnie ukryte? Obijam się o ludzi z twarzą bez emocji, idę sama pośród wieczornego chłodu i tonę we łzach. Przecież zawsze wracasz, słyszę tupot Twoich małych stóp, moja rozpaczy. Tak cudownie przytulasz, melancholio zabarwiona smutkiem. Szklane perły rozsypały się w chaosie po podłodze, przez chwilę wydając cichy protest, aby za moment zamilknąć gdzieś po drodze, pławiąc się w kurzu. Jestem jedną z nich, zostaję tam w zapomnieniu, znowu powracając do stęsknionego uścisku samotności. Świat budzi mnie z transu, brutalnie uderzając w twarz i pociągając wszystko za sobą. Rzeczywistość marszczy się niczym zmącone lustro wody przez łabędzie skrzydła. Los na siłę ubiera mnie w pióra i popycha w stronę światła. Niepokój, wszędzie niepokój, a przecież 24 godziny to mało. Znikam..
Subskrybuj:
Posty (Atom)