Zabrakło bandaża i środków przeciwbólowych. Teraz potrzebuję morfiny, aby wszystkimi spowolnionymi zmysłami poczuć cały swój pogmatwany świat aż do strachu i bólu, bezgranicznej rozpaczy zabarwionej moją krwią. Chcę nauczyć się latać, a przecież błądzę w bezimiennym tłumie. Po co szukam czegoś, co i tak pozostaje dla mnie ukryte? Obijam się o ludzi z twarzą bez emocji, idę sama pośród wieczornego chłodu i tonę we łzach. Przecież zawsze wracasz, słyszę tupot Twoich małych stóp, moja rozpaczy. Tak cudownie przytulasz, melancholio zabarwiona smutkiem. Szklane perły rozsypały się w chaosie po podłodze, przez chwilę wydając cichy protest, aby za moment zamilknąć gdzieś po drodze, pławiąc się w kurzu. Jestem jedną z nich, zostaję tam w zapomnieniu, znowu powracając do stęsknionego uścisku samotności. Świat budzi mnie z transu, brutalnie uderzając w twarz i pociągając wszystko za sobą. Rzeczywistość marszczy się niczym zmącone lustro wody przez łabędzie skrzydła. Los na siłę ubiera mnie w pióra i popycha w stronę światła. Niepokój, wszędzie niepokój, a przecież 24 godziny to mało. Znikam..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz