sobota, 7 maja 2011

Elizjum

Zatracam się w monologu osobowości, lecz nigdy nie stracę swojego prawdziwego oblicza, mimo blizn czy zmarszczek po uśmiechach, płaczu i gładkim licu bez emocji. W gruncie rzeczy, to część mojego życia, błądzić, wciąż błądzić po nieznanych ścieżkach Elizejskich Pól. Choć na moment wejść i wiedzieć, za czym goni się całe swoje życie. Krótki żywot, pochłaniający niebieskie kartki niczym płomień. Tak jest, ogień, wszechobecny i nieuchronny. Już dawno nie tonę w nim i nie spalam się od środka. Nastała błogosławiona cisza i melancholia wieczorów, do tego dziwny uśmiech, z którym budzę się rano na twarzy. Znowu jest jak dawniej, fala przeszła po mojej świadomości, zatrzymała się w podświadomości i poszła dalej, bezwzględnie pozbawiając tchu. Spokojnie odeszłam, nie odwracając się za siebie. Ginęłam w słońcu, przez chwilę idąc z uniesioną głową, a potem znowu wróciła stara, dobra rzeczywistość. Smakowała niczym dojrzała whiskey, jednak pozostawiała w ustach nieznany dotąd gorzki smak. Miesiąc wyjęty z życiorysu, zostanie zapisany, a niedokończone sprawy schowane do pudełka i upchnięte ze wszystkimi innymi. Postanawiam, że oddalę się od tych miejsc w moim labiryncie. Setki kilometrów stąd znajdę życie na nowo i zostanę tam, razem ze swoim doświadczeniem i starym, zakurzonym pudełkiem, które postawię gdzieś wysoko. Żeby już nigdy nie przyszło mi na myśl zadzierać głowy do góry..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz